• Reklama w internecie

    Inteligentna reklama internetowa - przeczytaj, o godnych polecenia miejsach w sieci.

Aviator

Legendy lubią być wielkie, Amerykanie (zresztą nie tylko oni) uwielbiają patrzeć na spełnienie “amerykańskiego snu” - idei pozwalającej myśleć o tym kraju jak o ziemi obiecanej, raju w którym marzenia się urzeczywistniają. Ekranizacja życia Howarda Hughesa genialnego konstruktora samolotów, świetnego biznesmena a także reżysera to doskonała okazja do pokazania światu historii rockefellera spełniającego swe marzenia. Kiedy zapragnął nakręcenia wielkiej powietrznej bitwy w filmie “Aniołowie Piekieł” z udziałem 26 kamer ani na chwilę nie spuścił z tonu. Nie liczyły się pieniądze, gdyż tych miał wystarczająco dużo, w spadku po ojcu nafciarzu (dorobił się fortuny konstruując przełomowe wiertła). Dbając o najdrobniejszy szczegół przeciągał realizację latami (kiedy film był kompletny Hughes zauroczony odkryciem na miarę dźwięku w filmie, nakazał nakręcenie wszystkiego od początku), na finiszu kończąc najdroższą produkcję ówczesnych lat. Ale warto było… Tak zaczyna się opowieść o człowieku, który myślami wyprzedzał swoją epokę. Jak każdy z geniuszy miał swoją ciemną stronę prowadzącą do szaleństwa. Co zaznaczają również inne recenzje filmów objawem tej obsesji były lęki (wpojone przez matkę) przed zarazkami. Nie rozstawał się ze swoim mydłem, drzwi otwierał przez szmatkę - doprowadziło to do choroby tak poważnej, iż omal nie pogrążyła go doszczętnie. Na szczęście uratowała go pasja do samolotów, miłość którą przedkładał ponad liczne romanse m.in. z Katharine Hepburn (Blanchett), Avą Gardner (Beckinsale). Wizja najszybszej, później największej latającej maszyny pochłonęła wszystkie pieniądze, naraziła na szykany, komisje śledcze sprokurowane przez obawiających się konkurentów. Czym jednak byłby amerykański sen jeśli nie spełniałby pokładanych w nim nadziei?

“Aviator” jest filmem dobrym i nic ponad to. Scorsese znakomicie wydobył na pierwszy plan mieszankę geniuszu i paranoicznej obsesji zasłużenie nominowanego do Oscara Leonardo DiCaprio. Świetnie obsadził pozostałe role (Baldwin jako szef linii lotniczych Pan Am, Alda jako senator Brewster, Law w epizodzie grający Erolla Flynna oraz wspomniane wcześniej ulubienice Hughesa) umiejętnie rozkładając aktorskie możliwości na poszczególne akcenty filmu. Zabrakło tylko owej magii ekranu towarzyszącej podobnym legendom. Momenty porywającej historii przeplatają się z psychologicznymi dłużyznami. Być może dzięki nim poznajemy głębiej psychikę Hughesa, ale nie sprawia to większej satysfakcji. Ponadto “Aviator” nieznośnie długo każe nam czekać na zakończenie (trwa 180 minut), co przy nie emocjonujących momentach może szybko znudzić. O wiele większe zainteresowanie wzbudziły we mnie poprzednie filmiki tegoż reżysera - “Chłopcy z ferajny”, “Kasyno” czy chociażby “Kundun” - mające owo “coś” porywające widza w wir wydarzeń, stawiając go obok bohaterów, dając doznanie współtowarzyszenia im w każdej scenie. Kawał amerykańskiej historii ze smaczkami tamtejszych czasów może zrekompensować lekkie rozczarowanie - wyraźnie widać że takie kino nie leży Scorsese. Zupełnie też nie rozumiem dlaczego ograniczył na ekranie biografię Hughesa poczynając od późnych lat ‘20 a w połowie ‘40 kończąc. A przecież umarł w roku ‘76 dokonując do tego momentu kolejnych przełomowych osiągnięć (pierwszy synchroniczny satelita komunikacyjny, jedna z największych instytucji medycznych typu non-profit, inwestycje w kasyna i hotele w Las Vegas). Myślę że lepiej by było gdyby te trzy godziny wypełnić pełną fascynujących momentów, kompletną biografią niż zaledwie jej być może najciekawszym w oczach reżysera momentem.

A tak przygładzona na miarę oczekiwań Akademii Filmowej opowieść o niezwykłym człowieku walczącym z przeciwnościami losu jawi się jako ewidentny skok na Oscary. Przypomnijmy wcześniejsze próby pomimo większych zadatków na arcydzieła nie znajdowały uznania w oczach Akademii (zupełnie niezasłużenie o czym szerzej czytając recenzje filmowe wspomnianych dzieł). Tym razem dysponujący olbrzymim budżetem Scorsese (po raz pierwszy przekroczył próg 100 mln dolarów na swój film) buńczucznie zapowiadał, że w razie porażki powróci do dawnego kina, mniej wystawnego ale z pewnością bogatszego w walory artystyczne. 11 nominacji było największym osiągnięciem dla filmu w 2004 roku spośród wszystkich pretendentów, poprzedni triumfatorzy dowodzili trafiony temat i pewniaka do zdobycia najcenniejszych statuetek (”Piękny umysł”, “Pianista”, “Monster”), nadmuchany balon pękł z wielkim hukiem - 6 Oscarów ale porażka w najważniejszych kategoriach (film roku, reżyseria, pierwszoplanowa rola), które przypadły w tym roku Clintowi Eastwoodowi (za bokserską opowieść “Za wszelką cenę” - można by rzecz swoisty nokaut). W sumie zasłużenie bo nie widziałem (poza DiCaprio i zdjęciami) szczególnego faworyta do owych nagród. Być może ten zimny kubeł wody obudzi w Scorsese wielkiego reżysera, który uraczy nas w końcu filmem na miarę Oscara.

brak tagów

Kategoria: Kultura i sztuka


Zobacz także:
  • No related posts
Oddaj swój głos:
0 votes, average: 0 out of 50 votes, average: 0 out of 50 votes, average: 0 out of 50 votes, average: 0 out of 50 votes, average: 0 out of 5 (0 głos/głosów, ocena: 0 na 5)
Loading ... Loading ...

Leave a Reply

If your comment is a support question, please post it at the forums.